Home Opinie Przy kafce Miłość niestety idealna
Miłość niestety idealna

Miłość niestety idealna

0
0

Czy istnieje naprawdę? Niestety tak. Widziałam taką i oddychałam nią codziennie jako wnuczka.

Stasia i Czesław.

Babcia – bogata szlachta kowelska z Halickich. Dziadek hrabiowska rodzina z rodu Wirth. I to był wbrew pozorom mezalians, bo dziadziuś musiał walczyć z rodziną o babcię i akceptację jej osoby w majątku. Łatwo ponoć nie było,
ale nie odpuścił.

Pobrali się, urodzili syna Jerzego.

Niestety przyszła wojna i Ukraińcy źli zaczęli wyrzynać Polaków w Kowlu, w czym często skutecznie przeszkadzali im Ukraińcy dobrzy. I to ci właśnie w przeddzień wydania wyroku na dziadkach ostrzegli rodzinę, żeby spakowała potrzebności na wóz i uciekała przed śmiercią. By niestety nigdy już do majątku i dawnego życia nie wrócić.

Ale razem.

Nigdy dziadkowie nie chcieli mi o tym opowiadać. Może byłam za mała na historię o zabijaniu, utracie domu i tęsknocie do korzeni?

Okazałam się jednak nie za mała na miłość. Bo naoglądałam się jej i nawdychałam po kokardki na chudych kucykach. Dokładnie pamiętam, jak dziadziuś całując babcię po rękach – w ten sposób wyznawał jej miłość. Wciąż to widzę, jak miała pięknie pomarszczone dłonie i długie, eleganckie paznokcie. Może też dlatego – że zmywaniem zajmował się dziadziuś. Bezdyskusyjnie wtedy, w latach 80-tych był jedynym mężczyzną, którego widziałam ze zmywakiem
i „Ludwikiem”.

Zajmował się też szeroko pojętymi zakupami. Babcia natomiast zajmowała się wydawaniem dyspozycji na karteczkach oraz ewentualnym cieszeniem lub marudzeniem. Ze zdobyczy, cierpliwie wystanych przez męża
i przyniesionych w żyłkowych siatkach. Ponadto na głowie dziadka było oczywiście drzewo na podpałkę, węgiel, piwnica, strych, rowery, bajery.

No i oczywiście wszystko „co ciężkie”. Wszelkie naprawy i majsterkowanie, rzecz jasna także. Nie wiem, czy ktoś inny niż moja babcia miała w tamtych latach „prawie pilota do telewizora”. Ha! Dziadziuś wykombinował i pociągnął kablem po ścianie wył/wł do telewizora. Taki pstryczek elektryczek. Żeby babcia, zwana przez niego „Donią” nie musiała wstawać w nocy i takiego „07 zgłoś się” w nocy na bosaka wyłączać. Tylko pstryknąć sobie na ścianie i spokojnie zasnąć 🙂

Rożne inne pomysły typu wieszak na lniany worek do suszenia jabłek na piecu – także. Bo Donia lubiła suszone jabłka.

Ale to nie było tak, że babcia pełniła rolę pachnącej księżniczki, nie. Dziadziuś owszem, tak ją traktował, ale ona dbała o niego równie mocno. Wzruszająco o tamtych czasach opowiadał mi wujek. Gdy to Czesław wracał z Lublina z pracy w geodezji, a na stole stała zupa na jakichś skromnych świńskich skórkach.

Bo to bieda jeszcze była za Gomułki. I babcia jadła tę zupę ostatnia, bo najpierw to zmęczony, spracowany mąż musiał odrobiną mięsa posilić się i wzmocnić. Gotowała mu, choć bardzo nie lubiła i piekła szarlotki. Bo Czesiu uwielbiał.

Pamiętam też, gdy dziadziuś drzemał chrapiąc jak hipopotam, a babcia pilnowała mnie, żebym nie hałasowała i przypadkiem go nie obudziła. I przykrywała go z troską kocem. A we mnie do dziś na zawsze zagnieździł się taki właśnie synonim miłości – kiedy ukochana osoba przykrywa drugą, gdy ta śpi. Nie umiem ani tego wyjąć z siebie, ani wyjaśnić. Na taki widok mam ciepłomiękką puchatą kulkę w brzuchu, jakieś takie dobro i słońce. Jeśli ktoś kogoś kocha – przykrywa go kocem i dotyka z czułością, koniec kropka. 🙂

No niestety, tak mi narozrabiali w głowie ci dziadkowie. Że istnieje miłość idealna. I takiej całe życie szukam. Był czas, że jej dotknęłam na długo. Ale nie była na całe życie. I nie była cała moja.

A dziadków była.

Gdy babcia zachorowała na zawsze… dziadziuś cierpiał po cichutku. To było to pokolenie, które smutek chowało tak bardzo do środka. Bez zwierzeń, łez, terapii, czy facebooka. Robił, co mógł, ale wiedział, że Donia odchodzi.

Nie zapomnę jego spokojnego, przesmutnego głosu, gdy dzwoniłam szukając mamy:
– Dziadziuś, gdzie jest mama, bo w pracy jej nie ma?
– Pojechała ubrać babcię.
– Czemu ubrać, skoro leży w szpitalu??

Dla zakochanej w babci 12-latki to był cios. Dla 60-letniej Miłości to cios w serce. Śmiertelny.

Bo od tego dnia dziadziuś codziennie powtarzał nam, że chce już umrzeć.

Że zupełnie niepotrzebne mu życie, bo bez Doni ono zwyczajnie nie ma mniejszego sensu. I bardzo pragnął odejść.

Zachorował wedle życzenia. Dość szybko. I wedle życzenia jest z babcią.

Na zawsze.

Katarzyna Józefacka

www.facebook.com/PrzyKafce/

REDAKCJA Redakcja wirtualnychelm.pl pracuje codziennie, aby dostarczyć Ci ciekawe i przydatne treści. Naszym najlepszym wynagrodzeniem jest Twoje zaangażowanie – udostępniaj proszę nasze teksty na Facebooku i buduj z nami społeczność wirtualnego Chełma!

SKOMENTUJ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *