Home Opinie Po męsku Odkręcony Kurek
Odkręcony Kurek

Odkręcony Kurek

0
0

Trzy tygodnie temu nasi siatkarze rozpoczynali ciężką i długą, jak się okazało, drogę na szczyty siatkarskiego świata. Wydaje się, jakby to było wieki temu.

Kto jeszcze pamięta, że pierwszym rywalem naszych złotych biało-czerwonych była Kuba. Przecież od tamtej pory tyle się wydarzyło, były wzloty, upadki i wzloty. A wszystko zakończone wspaniałym finałem z Brazylijczykami. „Czasy się zmieniają, ale Brazylia zawsze jest w finałach” – powiedziałby siatkarski Franz Maurer. A teraz w tychże zawsze jest i oby była jak najdłużej Polska. Niech ta piękna passa trwa.

To piękne jak rósł podczas turnieju jego MVP – Bartosz Kurek. Na początku gra mu szła jak wyciąganie sierpa z tylnej części ciała. Jednak im dalej w las, tym bardziej Kurek się rozkręcał, a półfinał i finał do mistrzostwo mistrzostw. Zasłużony tytuł najbardziej wartościowego zawodnika dla gościa, którego obecność w składzie podważała niejedna siatkarska „tęga głowa”. Trener Heynen nie zawahał się jednak go użyć, miał swój plan na Bartka. Okazało się, że miał rację. Gdy ten już odpalił, to był nie do zatrzymania.

Pięć łatwych zwycięstw w pierwszej fazie i tylko trzy stracone sety – to wszystko napawało nadzieją na przyszłość. Niektórzy zaczęli nieśmiało przebąkiwać o medalu. Bułgarska część czempionatu okazała się być jedynie przystawką do tego, co miało się zdarzyć na włoskich parkietach.

Tam już nie było tak różowo. Zaczęło się od przykrej wpadki z Argentyną. To pierwszy policzek na otrzeźwienie. Co mniej cierpliwi już kazali się biało-czerwonym pakować na chatę. Potem nastawiliśmy drugi policzek Francuzom. Pozostał znany z piłki nożnej – mecz o wszystko. W nim na szczęście przyszło nam się mierzyć z mającą już wywalone, a ładniej mówiąc – mającą awans, ekipą Serbii. 3:0 utrzymało nas w grze.

Potem swoje cyrki zaczęli gospodarze. Fani makaronu i kombinacji wybrali sobie grupę, którą mieli wygrać z palcem w lazanii. Jednak ich misterny plan poszedł się kochać. Dostali łomot z Serbami, którzy następnie znów mecz z nami potraktowali z bałkańskim luzem. Mieliśmy szeroko uchylone drzwi do ostatniej fazy. W ruch poszły kalkulatory. Okazały się niepotrzebne, bo wygrywając pierwszego seta nas siatkarze zameldowali się w półfinałach. A Włosi pojechali do domu, czyli niedaleko.

Pseudoeksperci w mediach społecznościowych już wydali wyrok – czeka nas trzeci mecz, tym razem o brąz, z sympatycznymi dla nas Serbami. Podopieczni Heynena na szczęście nie czytali tych opinii z tylnej części ciała wziętych i zagrali kosmiczny mecz. Tym razem Jordanem był Kurek. W meczu z USA – prawdziwy heros. Wspomagany przez Michała Kubiaka wprowadził nasz team do wielkiego finału. To była siatkówka na najwyższym poziomie.

W finale czekali już Brazylijczycy. Kurka i spółki to nie obchodziło. Rozprawili się z „Kanarkami” w trzech setach. Każda partia miała podobny przebieg. Najpierw nasza przewaga, gonią żółci, a potem nasi finalizują seta. Robili to chyba specjalnie, by podnieść ciśnienie kibicom. Znów bohaterem Kurek, ale cała drużyna zagrała znakomicie. A trzeba przypomnieć, że to był ich czwarty mecz w 4 dni. Przecież piłkarzy to trzeba by było znosić już po trzecim.

Piękne, choć rozciągnięte niczym legginsy Magdy Gessler, mistrzostwa zakończone w wymarzony sposób. Dwa ostatnie mecze wejdą z pewnością do historii polskiego volleyballa. Oby to, co się dzieje teraz, było dane naszym siatkarzom przeżywać także po igrzyskach w Tokio, bo drużyna jest świetna. A ma być jeszcze lepiej.

REDAKCJA Redakcja wirtualnychelm.pl pracuje codziennie, aby dostarczyć Ci ciekawe i przydatne treści. Naszym najlepszym wynagrodzeniem jest Twoje zaangażowanie – udostępniaj proszę nasze teksty na Facebooku i buduj z nami społeczność wirtualnego Chełma!

SKOMENTUJ

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *